Uroczystość Bożego Ciała to świętowanie pamiątki najważniejszego gestu miłości ze strony Jezusa – Jego całkowitego wydania się za nas i dla nas najpierw w Wieczerniku, a potem na krzyżu.

Każdy z nas ma doświadczenie karmienia się jedzeniem: kanapką, zupą, drugim daniem, kolacją, pizzą – co kto lubi. A jednak jest coś ważniejszego dla naszego życia, czego nie może nam dostarczyć sam ziemski pokarm. Nie lubię jeść samemu. Jem wtedy szybko, no bo po co mam samemu siedzieć przy stole? Najbardziej lubię wspólne jedzenie – gdy w przyjaznej atmosferze można sobie usługiwać, troszczyć się wzajemnie o siebie i ze sobą rozmawiać. Jedzenie przeciąga się wtedy przyjemnie długo. Można je wręcz celebrować. Pojawia się wtedy wartość nadzwyczajna: coś, czego sam nie mogę sobie wziąć - to, co mogę otrzymać i dać drugiemu człowiekowi. Pojawia się miłość.

Jezus stał się dla nas pokarmem na wieczność właśnie w Eucharystii. I uczy nas w niej wspólnoty - bycia razem ze sobą. Uczy nas pokarmu przebaczenia – wybaczając na początku Eucharystii nasze winy. Uczy nas zwracać uwagę na wieczność – nie samym chlebem żyje człowiek, ale każdym słowem, które pochodzi z ust Boga, uczy nas smakować – nie pożerać w pośpiechu, ale celebrować pokarm, który otrzymujemy, uczy nas wdzięczności i mówi, że to, kim jesteśmy i to, co mamy nie jest wcale takie oczywiste. Uczy nas wzajemnego służenia sobie, gdy na koniec posyła nas do naszych braci i sióstr, abyśmy do nich szli i nie martwili się o siebie samych, ale o siebie nawzajem.

Wszystko to można nazwać duchowością eucharystyczną. Duchowością bycia karmionymi czyli bycia kochanymi. Duchowością karmienia czyli kochania naszych braci i sióstr dbając o ich potrzeby. Taki jest też sens tych rekolekcji – sens przede wszystkim apostolski. Abyśmy porzucili rozwiązywanie naszych własnych problemów, o własnych siłach. Abyśmy uznali, że jest coś ważniejszego: wspólnota miłości zgromadzona wokół Jezusa. Która karmi się Jezusem i może tym samym chlebem – Jezusem dzielić się z innymi. Zupełnie inna jakość, której sami nie potrafimy stworzyć.

Pewien człowiek bardzo prosił Boga, aby mógł kiedyś zobaczyć na własne oczy niebo i piekło. Bóg przychylił się do prośby. Zaprowadził go najpierw do wielkiego pomieszczenia, gdzie w środku na ogniu stał duży kocioł z wyborną strawą. Wokół niego siedzieli ludzie z długimi łyżkami i czerpali z kotła. Wyglądali jednak strasznie żałośnie: wychudzeni, bladzi i smutni. Atmosfera była grobowa i mroźna. Łyżki bowiem miały tak długie trzonki, że wspaniałego jedzenia nie sposób było donieść do ust. Gdy przybliżali łyżki do ust ostatnie krople zupy spadały z nich. Wszyscy byli głodni, choć siedzieli tak blisko kotła z zupą. To było piekło.
Potem zaprowadził człowieka do drugiego pomieszczenia, które wyglądało podobnie jak poprzednie: w środku stał kocioł z jedzeniem, wokół niego siedzieli ludzie z długimi łyżkami. Tylko że ci byli dobrze odżywieni, zdrowi, radośni i szczęśliwi. Żaden z nich nawet nie próbował karmić siebie samego. Każdy z nich był karmiony przez osobę z naprzeciwka i jednocześnie sam karmił ją własną łyżką. To miejsce było niebem.

Módlmy się za siebie nawzajem, abyśmy uczyli się duchowości eucharystycznej – uczyli się kochać siebie nawzajem. Amen.