mnich

Pewien mnich przebywał na pustyni Sketis już sporo lat – od czasu, gdy uciekł z grzesznego miasta, by stracić z oczu i uszu jego uroki i pokusy. Jednak te szybko go dopadły atakując z wnętrza serca i wyobraźni. Miał on wobec nich jedną broń: post i modlitwę. Zaprawiał się więc w tej walce jak stary wojak w wojaczce. Czasem czuł, że walczy z piekłem. Ale że był bezlitosny wobec siebie i wzywał często na pomoc swego Anioła – obaj dawali radę demonom, które z wolna ustępowały. Po tym czasie walki, nadeszła też i pora spokoju. Mnich nauczył się medytować i lewitować, a bywało, że miał poczucie coraz większej bliskości nieba. Wyposzczony, wychudzony, lekki – zdawał się unosić coraz wyżej, zdziwiony tylko, że jego Anioł jakby pozostawał w dole. – Czyżbym był już lżejszy i świętszy od Anioła? – pytał czasem siebie, ale odpędzał tę myśl jak pokusę. Jednak ona powracała, zwłaszcza, gdy zapominał o tym, kim kiedyś był, jak i o pokarmie, śnie i ziemi. Myślał, że żył tu najdłużej, że pościł najbardziej, a modlił się najżarliwiej – nie może być więc na tej pustyni i w tym kraju mnicha tak bliskiego nieba jak on. Dziwił się tylko, że wtedy Anioł znikał, jakby nie chciał być świadkiem tych myśli... Może był zazdrosny? – dumał mnich i coraz niecierpliwiej oczekiwał, że zostanie porwany do nieba przynajmniej tak, jak prorok Eliasz, ale jakoś to nie następowało.

Którejś szczególnie rozgwieżdżonej nocy mnich zaczął wołać ku niebu: „Panie Niebieski, czy jest gdzieś tu ktoś bliższy nieba niż ja? Jeśli tak, to mi go pokaż, a jeśli nie, to mnie weź do nieba." I wtedy zjawił się jego Anioł milczący i poważny. Dał mu znak, by szedł za nim. Mnich ruszył za nim, ale gdy zaczęli się zbliżać do grzesznego miasta, zaczął się dziwić i niepokoić. – Czyżby tam mógł być ktoś bliższy nieba niż on? Anioł milczał i szedł przed nim do najbardziej grzesznej dzielnicy miasta. Mnich zamykał oczy, by nie patrzeć na kurtyzany, hazardzistów, rzezimieszków i typów spod ciemnej gwiazdy. - Po to kiedyś stąd uciekł, by teraz wracać? Ale po co? I wtedy usłyszał śpiew w zaułku ulicy czerwonych latarń. Ktoś śpiewał nie tak jak tu zwykle śpiewano... To był jakiś biedny szewc reperujący buty i spoglądający przez okno na pełną występku ulicę. Cóż ona śpiewał? Mnich zdumiewał się kolejnymi słowami: „O Panie nasz, jeżeli chcesz, do piekła mnie weź, ale uratuj od niego tych, co tu nie wiedzą, co czynią." I tak śpiewał czystym, spokojnym głosem. I wtedy mnich pojął, czemu Anioł go tu przywiódł, zwłaszcza, gdy spojrzał w pełne nieba oczy szewca i usłyszał, jak ostatnim słowom jego śpiewnej modlitwy cudnie wtóruje Anioł.

Cytat

Nie przyjmujcie za za miłość niczego, w czym nie ma prawdy, ani za prawdę niczego, w czym nie mam miłości.
Jan Paweł II

Artykuł na email

emailChcesz otrzymywać powiadomienie o każdym nowym artykule? Wystarczy, że założysz konto!

Nie pamiętasz hasła?
Nie pamiętasz nazwy?

Gościmy

Odwiedza nas 7 gości oraz 0 użytkowników.

UWAGA! Serwis używa cookies.

Brak zmian ustawień przeglądarki oznacza zgodę.

Zrozumiałem