Mówią, że był i czwarty król, który zobaczył gwiazdę zwiastującą Jezusa i zapragnął złożyć nowo narodzonemu Królowi pokłon. Wiedział, że to ma być Król Miłości. I gdy myślał o tym, jaki dar Mu przynieść, przypomniał sobie o największym skarbie - ogromnym czerwonym rubinie.

Wybrał najlepsze wielbłądy i osły, najlepsze sługi. Wziął ze sobą dużą sumę pieniędzy. Zawiesił rubin w sakiewce na szyi i ruszył.

Gwiazda wskazywała drogę. Dopóki jechał przez swój kraj poddani pozdrawiali go życzliwie. Wszystko zmieniło się, gdy wszedł w obce kraje.

 

Najpierw dotarł do kraju nawiedzonego suszą. Zobaczył spalone pola, spalone lasy, uschłe drzewa, ziemię przepaloną na proch. Napotkał wsie nawiedzone klęską głodu. Zaczął rozdawać to, co miał ze sobą - jedzenie, wodę. W którymś momencie zawahał się: gdy rozdam wszystko, czy potrafię dojechać do Jezusa? Ale wahał się tylko chwilę. Przecież jeżeli Ten, do którego jadę, jest Królem Miłości, nie mogę postępować inaczej. Rozdał wszystko. Opieka nad głodnymi sprawiła, że podróż znacznie się opóźniła.

Gdy po dłuższym czasie ruszył dalej zobaczył, że gwiazda nadal wskazywała kierunek.

Po krótkim okresie spokojnego marszu napotkał wieś, nad którą wisiał na drągu czarny strzęp chorągwi. Znak, że tam panuje "czarna śmierć" - cholera. I musiał powtórnie wybierać: wjechać w tę wieś, czy ominąć ją z daleka i zdążać jak najprędzej do Króla żydowskiego. Był zmęczony, ogołocony z pieniędzy, żywności. Zostały mu tylko wierzchowce i wierni słudzy. Ale i oni najwyraźniej byli wycieńczeni ponad granice swoich możliwości. I znowu ta sama przyszła odpowiedź: jeżeli to jest Król Miłości, ja nie mogę przejść obojętnie wobec nędzy ludzkiej. I tak zdecydował się zatrzymać.

To, co zobaczył, przekraczało jego najgorsze wyobrażenia. Przy drodze leżały sczerniałe trupy ludzkie. Smród rozkładających się ciał wisiał w powietrzu. Konie płoszyły się, wielbłądy stulały uszy. Przerażeni słudzy patrzyli na ten straszny widok. Wieś wyglądała jak wymarła. Zdawało się, że nikt nie pozostał przy życiu. Zawahał się: może ktoś jednak jeszcze żyje w tych domach. Wydał rozkaz, aby się zatrzymać. Karawana stanęła.

I nagle w pierwszym, domu, posłyszeli jakieś słabe wołanie. Wtedy się zdecydował. Zaczął schodzić z wielbłąda. Słudzy patrzyli z zapartym tchem jak dotknął stopą skażonej ziemi. Odwrócił się do nich i powiedział:
- Kto chce, niech odjedzie. Macie wolną rękę. Kto chce, niech mi towarzyszy. Ja tutaj zostanę, ażeby pomóc tym ludziom, którzy jeszcze żyją.

Wszedł do pierwszej chaty. I pozostał, aby pomagać ciężko chorym ludziom.

Któregoś dnia poczuł, że słabnie, że zaczyna chorować. Zrozumiał, że się zaraził. Ale do końca, ile mu tylko sił jeszcze starczyło, chodził i pomagał ludziom, aż w którymś momencie stracił przytomność i upadł. Nie wiedział, kiedy jakieś litościwe ręce zaciągnęły go na łoże, nie wiedział, kto mu podawał wodę i jedzenie, kto się nim opiekował w czasie, gdy leżał w wysokiej gorączce.
Nie zdawał sobie sprawy, jak długo Chorował. Gdy się obudził zrozumiał, że żyje, że przetrzymał, nie umarł. Nie było przy nim nikogo ze sług. Może odjechali, może poumierali.

Mieszkańcy nie rozpoznawali w nim króla. Ani nawet wybawcy. Wtedy, kiedy ratował ich wraz ze swoimi sługami, oni leżeli nieprzytomni, nieświadomi tego, co się wokół nich dzieje. Teraz widzieli w nim przybysza - nędzarza, któremu trzeba pomagać.

Namyślał się, co robić - wracać do swojego kraju czy iść, aby spotkać Jezusa, Króla żydowskiego. Czy jest sens iść dalej, za gwiazdą. Już tyle lat minęło, gdy ją ujrzał po raz pierwszy. Jego czarna broda stała się srebrzysta, jego mięśnie zwiotczały. Ale gwiazda wciąż świeciła. Zdecydował się iść dalej. Miał przecież jeszcze zawieszony na szyi najdroższy skarb - najwspanialszy rubin.

I poszedł. Nie miał pieniędzy, wobec tego najmował się do roboty, aby zapracować na pożywienie i na nocleg. Szedł od wsi do wsi, od miasta do miasta. Powoli, bo trzeba było pracować na nocleg i jedzenie.

Pewnego wszedł w wielkie miasto - znowu obce mu, z obcym językiem, z obcymi zwyczajami. Doszedł do rynku, gdzie odbywał się targ. Sprzedawano i kupowano bydło - kozy, owce, konie, wielbłądy. Szedł dalej i napotkał targ, gdzie sprzedawano ludzi. W jego państwie takich zwyczajów nie było. Patrzył zdziwiony i przerażony. I naraz wśród niewolników przeznaczonych na sprzedaż zobaczył swoich poddanych. Stali na podwyższeniu, spętani powrozami jak zwierzęta. Domyślił się, że jakiś nieprzyjaciel napadł na jego kraj. Chciał im pomóc, ale nie miał jak. Przecież nie miał pieniędzy, aby ich wykupić i uwolnić.

I wtedy przypomniał sobie o rubinie, symbolu miłości, który miał zanieść Jezusowi. Jeszcze się zawahał: przecież to nie mój, to Jego. Ale równocześnie pojawiła się odpowiedź: a co On by zrobił, gdyby ujrzał tych biednych ludzi? Bez wahania podszedł do handlarza i odkupił swoich ludzi.

Gdy wyszedł z miasta zadał sobie pytanie: "Co teraz robić? Po co iść do Jerozolimy? Nie mam co przynieść nowemu Królowi. Zapewne jest już dorosłym człowiekiem".
Jednak gwiazda świeciła nadal. Zdecydował się iść dalej. Powiedział sobie: "Zobaczę, jak On rządzi, ten Król Miłości. Czy w Jego państwie naprawdę panuje Miłość?".

I znowu szedł tak jak przedtem od miasta do miasta, od wsi do wsi zarabiając na jedzenie i nocleg. Aż wreszcie doszedł do Jerozolimy. Spostrzegł, że jego gwiazda gasła. Nie wiedział, co to znaczy. Wszedł w miasto gwarne, burzliwe, żywiołowe. Zmęczony usiadł na progu jakiegoś domostwa. Był szczęśliwy, że wreszcie doszedł do celu swojej podróży.
Naraz posłyszał z daleka jakiś hałas - drogą szedł orszak, pobłyskiwały hełmy i zbroje. Król nie wiedział, czy to jakaś procesja, czy pochód triumfalny. Aż nagle spostrzegł nad tłumem sterczące trzy belki. W pierwszej chwili nie chciał uwierzyć własnym oczom. Tutaj istnieje kara śmierci przez ukrzyżowanie? W krainie rządzonej przez Króla Miłości? Pochód przeciągał obok niego. Pomiędzy tłumem żołnierzy, gapiów szli dwaj pierwsi skazańcy. Potem nastąpiła przerwa. Po chwili pojawił się żołnierz trzymający w rękach tablicę, na której było wypisane imię i wina, trzeciego skazańca. Przeczytał: "Jezus Nazareński Król Żydowski". I nagle zrozumiał, że to Król Miłości do którego szedł przez tyle lat. Z koroną cierniową na głowie, szedł zataczając się, wyczerpany, uginający się pod drzewem krzyża.

Nagle zobaczył, że Jezus podchodzi do niego. Spojrzał na zakrwawioną twarz Jezusa. Spotkali się spojrzeniem. Takich oczu jeszcze nigdy nie widział. W oczach Jezusa nie było nienawiści! A po chwili odkrył, że Jezus mu współczuje. Coś niepojętego: ten Człowiek skazany na śmierć, tak strasznie poraniony, zachowuje się tak, jakby nieważne było Jego własne cierpienie, ale jakby jedynie ważnym był on - stary król. Z najwyższym wzruszeniem wyczytał z oczu Jezusa, że On wie o wszystkim, o całej długiej drodze, jaką odbył do Niego, o tym, co przeszedł w tych długich latach wędrówki. Że właśnie to przyjmuje jako największy dar. Dar ważniejszy niż tysiące najpiękniejszych rubinów świata.

* * *
Jezus umiera na krzyżu pomiędzy łotrami - jak największy przestępca. Choć nie uczynił niczego złego. Na Golgocie - na miejscu, które było wysypiskiem śmieci. Uznany za śmieć, odrzucony, skatowany. Ani na ziemi ani w niebie – gdzieś pomiędzy. Odrzucony przez ludzi i jakby zapomniany przez Ojca. Czy wiesz dlaczego to wszystko? Z jakiego powodu? Czy chcesz, aby był Twoim królem?

Cytat

Wiedz, że w każdej chwili można znaleźć wieczność, każdy stół może być ołtarzem, a każdy człowiek najwyższym kapłanem.

Elie Wiesel

Artykuł na email

emailChcesz otrzymywać powiadomienie o każdym nowym artykule? Wystarczy, że założysz konto!

Nie pamiętasz hasła?
Nie pamiętasz nazwy?

Gościmy

Odwiedza nas 27 gości oraz 0 użytkowników.

UWAGA! Serwis używa cookies.

Brak zmian ustawień przeglądarki oznacza zgodę.

Zrozumiałem